Poród w czasach koronawirusa.

Poród w czasach koronawirusa to temat, który interesuje obecnie chyba każdą ciężarną. Strach przed tym jak będzie podczas samodzielnego jeszcze w wielu szpitalach porodu. Przerażenie aktualną sytuacją epidemiologiczną i możliwością zarażenia się wirusem. Wizja konieczności przejścia kwarantanny w szpitalu, bądź co gorsza odebrania dziecka na czas choroby. To wszystko jest przyczyną nerwów, których ciężarna dla dobra swojego i maleństwa powinna uniknąć.

Jak to było u mnie? Z jakimi emocjami przyszło mi się borykać? I przede wszystkim – jak wyglądał mój poród w czasach koronawirusa? O tym wszystkim przeczytasz w poniższym artykule. Pamiętaj jednak, że jest to moja w pełni subiektywna ocena i że w każdym szpitalu  może wyglądać to zupełnie inaczej.

Koronawirus – co będzie dalej?

Jak nie trudno zauważyć jeśli chodzi o wirusa – sytuacja jest dynamiczna. Dziś jest tak, a jutro już może być inaczej. Sama żyje nadzieją, że już niedługo ten artykuł nie będzie musiał interesować ciężarnych, bo wrócimy do wcześniejszej, normalnej, przedkoronawirusowej rzeczywistości. Gdy zaczynałam go pisać porody rodzinne były odwołane w całej Polsce, także w placówkach prywatnych. Później wypowiedź Ministra Zdrowia zmieniła trochę sytuację i część szpitali zezwoliło ponownie na obecność osoby towarzyszącej, jednak wiele z nich nadal takiego przyzwolenia nie daje. Czy to normalne? Moim zdaniem na tle wesel na 150 osób, zakaz porodów rodzinnych wypada absurdalnie, ale chyba powinnam przywyknąć do tego, że żyję w kraju pełnym absurdów. 

Poród rodzinny – poród dla mnie idealny.

Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży wizja porodu była dla mnie oczywista. Tak jak w pierwszej ciąży, tak i teraz zależało mi na obecności męża. Chciałam go mieć przy boku, jako osobę zaufaną i chciałam, żeby nie przegapił tak ważnego momentu w życiu, jak pojawienie się kolejnego potomka na świecie.

Czy wtedy w lipcu, przeszło mi przez myśl, że może to być niemożliwe? Oczywiście, że nie. Jest poród, jest i mąż, innej opcji sobie nie wyobrażałam. Wręcz byłam przekonana, że sama nie dam rady. Pierwszy poród lekki nie był i mąż był dużym wsparciem. Nasze wzruszenie kiedy ujrzeliśmy córkę po raz pierwszy pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Niezależnie jakby nie było, to ta chwila  i te emocje na zawsze będą dla mnie jednymi z najważniejszych. 

Poród w czasie pandemii – wizja, a rzeczywistość.

No właśnie, więc co czuje kobieta,  która na  kilka tygodni przed porodem dowiaduje się, że jej wizja upada, bo porody rodzinne zostają po kolei w różnych szpitalach odwoływane?

Najpierw pojawiało się przekonanie – mojego szpitala to obecnie nie dotyczy, więc pewnie tak pozostanie. Czytałam codziennie nowe opinie kobiet w internecie, które żalą się, że w tym i tym szpitalu porody rodzinne są odwołane. Współczułam im i to bardzo, ale jednocześnie cieszyłam się, że u mnie wszystko jeszcze funkcjonuje normalnie. Aż nagle przyszedł dzień, w którym dowiedziałam się, że i mój szpital uniemożliwił odwiedziny i obecność partnera przy narodzinach. U mnie po raz kolejny pojawiła się złudna nadzieja – skoro do porodu zostały 3 tygodnie, to zapewne sytuacja się jeszcze zmieni. Przecież to niemożliwe, żeby jeden głupi wirus, aż na tak długo  zmienił rzeczywistość.

Jako, że życiowo jestem realistką, to moje nadzieje, na zniesienie zakazów szybko prysły  i przerodziły się w złość. Bo jak to, dlaczego? Skoro żyje z mężem pod jednym dachem, to z jakiego powodu, on nie może być u mojego boku. Przecież jeśli on jest potencjalnym zagrożeniem dla personelu, to jednocześnie i ja nim jestem. Czułam, że odebrano mi podstawę komfortu w i tak już trudnej sytuacji. Myślę, że niejedna ciężarna tak czuła i nadal czuje. 

Pogodzenie z koronawirusową rzeczywistością.

Wraz z upływem czasu, ale też z napływem nowych informacji brak porodów rodzinnych przestał być dla mnie, aż tak istotny. Jakie to były informacje? A to, że ktoś przyszedł na izbę przyjęć mając koronawirusa i cały szpital musi być zamknięty, albo, że jeśli matka ma ten wirus, to trzeba zrobić cesarkę, a dziecko odizolować. Pojawiały się też wiadomości z innych krajów o chorych noworodkach, czy śmierci kobiet po porodzie. W takiej sytuacji to, że miałam rodzić sama po prostu przestało mnie przerażać. Bałam się bardzo odizolowania dziecka ode mnie, nie wiem, czy moja psychika potrafiłaby to w  samotności udźwignąć. I podziwiam każdą matkę, której przyszło się z tym zmierzyć. Podobnie z resztą matki wcześniaków, których nie mogły odwiedzać. Jesteście wielkie! Wiem, że kobiety są silne i potrafią wytrzymać wiele i że to był pewnie najtrudniejszy egzamin wytrzymałości w Waszym życiu.

Kiedy już nadszedł czas mojego porodu, z sytuacją byłam już właściwie pogodzona. Wcześniej bardzo bałam się, że przekraczając próg szpitalny i zostawiając za drzwiami wejściowymi męża wpadnę w histerię nie do opanowania. A weszłam  spokojna z podejściem – z mężem, czy sama urodzę swoje kolejne szczęście. 

Przyjęcie do porodu w czasach epidemii.

Czym różniło się samo wejście do szpitala? W mojej placówce jest osobne wejście do izby przyjęć na porodówkę i osobne do pozostałych oddziałów szpitalnych. Żeby wejść musiałam zadzwonić domofonem powiedzieć w jakim celu przyjechałam. Padło również pytanie, czy jestem w maseczce (mimo, że wówczas powszechny nakaz noszenia maseczek nie obowiązywał), czy miałam kontakt z kimś z zagranicy oraz czy mam jakieś objawy chorobowe. Następnie otrzymałam zalecenie wypełnienia ankiety znajdującej się w poczekalni. Sama ankieta to było kilka pytań pokrywających się właściwie z tymi, które zostały już mi zadane przez domofon. Dalsze postępowanie nie różniło się już  niczym od tego przy pierwszym porodzie. Okazanie wyników badań, potwierdzenie tożsamości, ktg, badanie przez lekarza i decyzja o skierowaniu na porodówkę.

Idziemy na porodówkę.

Przychodzi czas na przejście z izby przyjęć na porodówkę. Tutaj warto zadbać o rozsądne przygotowanie bagażu, bo nie wiadomo, czy będzie miał Wam kto pomóc przy jego transporcie. Ja początkowo miałam przygotowaną zapakowaną standardową walizkę kabinową, w której  udało mi się pomieścić wszystkie rzeczy wymagane przez szpital (to właśnie wymogami danego szpitala powinnyście kierować się przy pakowaniu – zazwyczaj szpital ma listę z wytycznymi na swojej stronie internetowej). Kiedy wprowadzono zakaz odwiedzin dopakowałam jeszcze małą torbę materiałową, którą mogłam położyć na wierzch walizki, tak żeby przewieźć je razem.

W torbę spakowałam wodę (po pierwszym porodzie mąż przyniósł mi sześciopak wody 1,5 litrowej na salę, a teraz byłam świadoma, że sama ze skurczami mogę sobie nie poradzić z jej zaniesieniem, dobrym rozwiązaniem jest też spakowanie butelki filtrującej) i przekąski. Jedzenie w szpitalu jakie bywa wiadomo, a po porodzie zapotrzebowanie kaloryczne jest wysokie, także warto zaopatrzyć się właśnie w jakieś przekąski. U mnie były to batoniki zbożowe, ciastka owsiane, wafle ryżowe, tubki z owocami i suszone owoce. Wracając do przeniesienia bagażu – mój przez całą drogę na salę porodową wiozła położna, ale nie ukrywała ona radości z faktu, że bagaż jest na kółkach. Spotkałam się jednak w internecie z komentarzami, że położna nie wyraziła chęci pomocy przy bagażu, w związku z tym warto pamiętać, aby zapakować się tak, żeby być w stanie samodzielnie sobie z walizką poradzić. 

Jaki koronawirus? Ja rodzę!

Na sali porodowej zapytałam, czy mogę zdjąć maseczkę i zezwolono mi na to, ale to też zależne jest od szpitala. Moim osobistym zdaniem nakaz rodzenia w maseczce w niektórych placówkach, jest zdecydowaną przesadą. Już poród utrudnia oddychanie, a maseczka jest dodatkową przeszkodą w swobodnym oddechu, który jest tak ważny w trakcie rodzenia. W tym wypadku zdecydowanie oponowałabym przeciwko takiemu nakazowi. 

Sam poród wyglądał jak każdy inny, była położna, był lekarz i cała akcja porodowa. Jedynie zamaskowane twarze personelu wskazywały na to, że panuje koronawirus, ale podczas porodu wcale się o tym nie myśli. 😉 Czy byłam przerażona? Tak! Skurcze były niesamowicie silne i bolesne. Dziecku spadało tętno, wisiało nade mną widmo cesarki. Także koronawirus w tej sytuacji odszedł w zapomnienie. Jakbym usłyszała wtedy słowo koronawirus, albo co o nim myślę, to jedyne co by mi przeszło przez usta to: halo! Ja rodzę! 

Poród w szpitalu w czasach koronawirusa.

Podobnie jak przy porodzie jest też w trakcie pobytu w szpitalu. Wcześniej sytuację epidemiologiczną śledziłam ze stresem na bieżąco, zastanawiając się jak to będzie, jak trafię do szpitala. Podczas przebywania w szpitalu nie miałam czasu się tym przejmować, ani czytać artykułów i sprawdzać bieżących statystyk. Byłam zajęta moim kolejnym małym cudem. Mimo, że byłam w jednym z bardziej narażonych na wirusa miejsc, to nie czułam żadnego zagrożenia, o które się wcześniej obawiałam. Personel nie dał odczuć, że coś mogłoby pójść nie tak. 

Czas spędzony w szpitalu również wspominam, więc pozytywnie, na tyle na ile szpital może być miejscem pozytywnym. 😉 W placówce panował spokój, położne dopytywały, czy wszystko jest ok. To był mój drugi poród, więc podczas tych dwóch dni tak naprawdę nie oczekiwałam za bardzo pomocy, bo wszystko było mi już znane i działałam ze zdobytym przy starszej córce doświadczeniem. Jestem jednak pewna, że gdybym tylko o coś poprosiła, to nie byłoby z tym żadnego problemu.

Poluzowanie obostrzeń.

Aktualnie sytuacja w kraju trochę “wyluzowała”. Zdecydowanie mniej dostrzegamy zagrożenie i zaczęliśmy po prostu żyć. Mimo to wiele szpitali nadal utrzymuje zakaz porodów rodzinnych, dostrzegając potencjalne zagrożenie. Czy słusznie? Nie jestem epidemiologiem, więc nie mnie oceniać. Dostrzegam jednak pewną niesprawiedliwość w tym, że część kobiet może już rodzić z partnerami, a pozostałe takiej możliwości nie mają. I nie zawsze jest to niestety uwarunkowane złą sytuacją w danym regionie – bo to jeszcze byłabym w stanie zrozumieć.

Pozostaje mi życzyć wszystkim ciężarnym, aby sytuacja jak najszybciej nie tylko pozornie, ale też rzeczywiście uległa polepszeniu. I żeby żadna z Was nie musiała zmagać się ze stresem i emocjami, które mi towarzyszyły.

A Wy drogie Czytelniczki – rodziłyście w czasach koronawirusa? Jak wspominacie ten poród? A może poród czeka Was wkrótce i macie jeszcze jakieś pytania? Chętnie poczytam Wasze opinie w komentarzach.

Udostępnij na:

Dodaj komentarz